
O. Dariusz Mazurek OFMConv urodził się w Gdyni w 1967 roku. Śluby wieczyste złożył w 1998 roku, a święcenia kapłańskie przyjął w 2000 roku. Jest doktorem teologii w zakresie misjologii. Posługiwał jako misjonarz w Peru, pełniąc również funkcję delegata prowincjała prowincji krakowskiej, która jest odpowiedzialna za jurysdykcję peruwiańską. 14 czerwca 2019 roku minister generalny Zakonu, o. Carlos Alberto Trovarelli, mianował go sekretarzem generalnym
do spraw animacji misyjnej. Poniższy wywiad jest publikowany w całości.
- Br. André Salomão: 1. Gdzie Ojciec znajduje się dzisiaj – nie tylko geograficznie, ale także sercem – i na czym polega Ojca posługa jako Delegata ds. Animacji Misyjnej?
O. Dariusz Mazurek:
Nie ukrywam, że to, co najbardziej mnie zajmuje w ostatnim czasie — i co jest obecne na modlitwie, podczas adoracji, w moim sercu i w mojej głowie — to fragment uchwały Kapituły Generalnej. W jednym z punktów uchwały misyjnej czytamy, że Zakon powinien otworzyć przynajmniej jedną obecność w nowym kraju.
Tak się składa, że Pan Bóg nam pobłogosławił i bracia z Kenii, z prowincji kenijskiej, najprawdopodobniej w okresie świąt paschalnych pojadą już na stałe do Rwandy. Przez wiele lat nasz Zakon nie otworzył nowej misji. Owszem, w poprzednim sześcioleciu jeden współbrat — o. Dominique Mathieu — pojechał do Iranu, ale tak naprawdę nie został wysłany przez Zakon, lecz przez Stolicę Apostolską.
Dlatego misja w Rwandzie jest czymś, co sprawia, że jestem tam obecny sercem i duchem, choć fizycznie przebywam w Rzymie. Ktoś może się zdziwić, że na pytanie „gdzie Ojciec jest?” odpowiadam w taki sposób. Ale czasem, gdy ktoś robi coś z pasją, bardziej sercem jest w tym miejscu, o którym myśli, niż tam, gdzie fizycznie przebywa.
A więc fizycznie jestem w Rzymie, we Włoszech. Niekiedy pojawiam się w Polsce, czasem w innych krajach. Ale duchowo — myślę — jestem teraz przede wszystkim w Rwandzie. Gdyby jednak podać konkretną odpowiedź: mieszkam w Rzymie, przy Via Guido Baccelli, w klasztorze św. Antoniego. To bardzo międzynarodowa wspólnota. Mieszkają tam bracia, głównie studenci specjalizujący się w teologii. Są bracia ze Słowenii, jest Polak z prowincji czeskiej, są Indonezyjczycy, Brazylijczyk, Meksykanin, dwóch Włochów, dwóch kolejnych Polaków, bracia z Ghany, Tanzanii, Zambii, Kenii oraz ze Stanów Zjednoczonych. Jest więc bardzo, bardzo międzynarodowo
.
2. Co oznacza dla franciszkanina bycie nieustannie „w drodze” – między kulturami, językami i kontynentami? Jak taka droga kształtuje serce misjonarza?
Rzeczywiście, kiedy jest się w drodze, ma się wrażenie, że nieustannie przekracza się różne drzwi. Każda kultura ma swoje niewidzialne drzwi, przez które trzeba wejść z szacunkiem — nie wchodzić z brudnymi butami do obcego domu, ale wejść delikatnie, z pokorą.
Kiedyś pewien starszy misjonarz powiedział mi: „Darek, misjonarz ma oczy, żeby widzieć, uszy, żeby słuchać, a usta po to, żeby pytać”. Owszem, mamy przepowiadać, ale czasami też będzie dobrze, jeżeli zapytamy. Zwłaszcza w świecie pełnym różnych zwyczajów i tradycji, by nikogo nie urazić i uszanować to, co zastajemy.
Bycie w drodze oznacza także wykorzystywanie chwil na bycie z Panem Bogiem — nawet w poczekalni na lotnisku. Lubię odwiedzać kaplice na lotniskach. Kiedyś w Limie wszedłem do kaplicy i zobaczyłem, że pod tabernakulum znajduje się gniazdko elektryczne. Ktoś ładował tam telefon.
Pomyślałem wtedy, jaki piękny obraz. Ktoś przyszedł się modlić, ale przy okazji ładowania serca chciał naładować także komórkę. A może wszedł specjalnie, bo zobaczył kontakt. A jednak — może przez taki niewidzialny kabel modlitwy — podłączył się do Jezusa.
Myślę, że bycie w drodze to właśnie chwytanie takich momentów, by — kiedy się da — naładować serce. Bo jeśli jest się w drodze, trzeba nieustannie ładować serce. Inaczej daleko się nie zajedzie.
3. W obliczu współczesnych przemian kulturowych i religijnych, jak dziś rozumieć misję franciszkańską? Jakie są jej priorytety oraz w jaki sposób Zakon realizuje ją w różnych częściach świata – w Europie, Afryce i Ameryce?
Odpowiadając na pytanie o kształt dzisiejszych misji, muszę podkreślić, że wszystko zależy od kontekstu – tego, jak i gdzie ta misja ma być realizowana. Kiedy mówimy o „nowej ewangelizacji”, nie sugerujemy, że ta pierwsza była zła. Absolutnie nie. Po prostu zmienił się świat. Dawniej rytm życia wyznaczał dźwięk kościelnego dzwonu, a religijność była naturalnie spleciona z funkcjonowaniem państwa. Dziś sytuacja jest znacznie trudniejsza.
O ile Fryderyk Nietzsche ogłosił „śmierć Boga” na gruncie filozofii, o tyle pod koniec lat 60. – pamiętamy słynną okładkę magazynu Time – to teolodzy zaczęli dyskutować o tym radykalnym koncepcie. Ich swoiste „credo” można by streścić w dwóch punktach: po pierwsze – Bóg nie istnieje; po drugie – Jego synem jest Jezus Chrystus. Co to oznacza w praktyce? Skoro Boga nie ma, modlitwa traci sens. Pozostaje jednak postać historycznego Jezusa, który uzdrawiał i karmił.
W takim ujęciu górę bierze aspekt czysto socjologiczny i charytatywny. Pomoc drugiemu człowiekowi jest oczywiście dobra, ale my, jako franciszkanie i misjonarze, nie jesteśmy jedynie pracownikami socjalnymi. Owszem, wspieramy rozwój ludzki, ale naszym priorytetem pozostaje głoszenie Jezusa Chrystusa.
To ogromne wyzwanie: głosić Ewangelię w świecie, w którym jest dla Boga coraz mniej miejsca. W świecie, w którym nawet widok zakonnika w habicie przestał budzić zdziwienie czy refleksję nad „odmiennością”. Nie możemy jednak zamknąć się w „arce Noego”, myśląc, że tylko my ocalejemy, a reszta świata jest zła. Naszym zadaniem jest ukazać Boga tak, by ludzie znów zaczęli stawiać pytania: „Kim oni są? Dlaczego tak żyją?”.
Dziś problemem nie jest brak odpowiedzi na pytania ludzi, lecz fakt, że ludzie przestali zadawać pytania o Boga. W Europie jest to kwestia znalezienia nowych dróg dotarcia. Paradoksalnie pomogła nam w tym pandemia – nagle otworzyły się kanały w mediach społecznościowych, na YouTubie czy Instagramie. Pan Bóg przestał być obecny tylko na falach radiowych, a zaczął docierać do ludzi poprzez nowoczesne środki przekazu.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w Ameryce Łacińskiej czy Afryce, gdzie chrześcijaństwo kwitnie i owocuje licznymi powołaniami. Nasz model misyjny w Afryce obejmuje obecnie siedem krajów: Ghanę, Kenię, Zambię, Burkina Faso, Ugandę, Malawi oraz Tanzanię.
Są to młode obecności. Obecnie mamy tam dwie prowincje, a warto pamiętać, że w strukturach zakonnych to właśnie prowincja jest podmiotem niezależnym, zdolnym do otwierania nowych misji. Tak jest w przypadku prowincji kenijskiej, która przygotowuje się do misji w Rwandzie – Bogu niech będą dzięki – czy dynamicznej prowincji zambijskiej. W przypadku mniejszych kustodii czy delegatur, które zależą od swoich prowincji macierzystych, otwieranie nowych placówek nie jest proste. Szansą jest jednak idea zawarta w uchwałach kapituły generalnej dotyczących „diakonii misyjnej”. Jeśli nie jesteśmy obecni w jakimś kraju, możemy przyjąć kandydatów z tego regionu do naszych istniejących struktur. Dla przykładu: bracia z Zambii przyjęli kandydatów z Angoli, a bracia z Burkina Faso kandydatów z innych krajów frankofońskich. Idea jest jasna: nie chcemy ich „zagarnąć” dla siebie. Chcemy ich formować po to, by w przyszłości to oni mogli zaszczepić nasz zakon we własnych ojczyznach.
4. Jak ożywiać ducha misyjnego Zakonu, aby misja nie była jedynie „działem” czy strukturą, ale rzeczywiście jego bijącym sercem?
Jest tak, że jeśli małżeństwo się kocha i wszystko jest normalnie, to mają dzieci. Jeśli jakieś małżeństwo nie chce mieć dzieci, skazuje się na pewną zagładę, samozagładę.
Nie chcę jednak powiedzieć, że to tylko ludzkie kalkulacje, charyzmat czy czwarty rozdział naszych Konstytucji, mówiący o misjach, powinny wyznaczać to, że „musimy” otworzyć misję. Nie. Trzeba pamiętać, że kiedy św. Paweł chciał pójść do jednego z krajów Azji Mniejszej, Duch Święty mu zabronił. A później jednak tam poszedł.
Dlatego myślę, że przede wszystkim należałoby prosić Ducha Świętego — i to nie jednorazowo, ale nieustannie. Św. Jan Paweł II w dokumencie Redemptoris Missio mówi, że Duch Święty jest głównym protagonistą misji. A więc trzeba ożywiać ducha misyjnego Zakonu poprzez modlitwę do Ducha Świętego. To On może natchnąć i pokierować naszymi sercami tak, byśmy byli naprawdę misyjni.
Dzisiaj zdarza się nawet, że niektórzy bracia nie chcą używać określenia misja ad gentes, bo kojarzy im się ono z „contra gentes” — jakby przeciwko ludom, a nie do ludów. Proponują raczej określenie misja inter gentes — pośród ludzi.
To jednak nie jest żadna nowość. Św. Franciszek już dawno chciał, by bracia żyli pośród ludzi i — kiedy uznają to za natchnienie Boże — głosili słowem.
Jednak określenie misja ad gentes pojawia się również w nauczaniu papieża Franciszka. A są ludy, które nie znają Chrystusa. W niektórych krajach chrześcijanie stanowią minimalną mniejszość. Jeśli w kraju liczącym 30 milionów mieszkańców jest zaledwie 500 katolików, to bardzo wyraźnie widzimy sytuację misyjną.
Dziś jednak, przez migrację, ci, którzy byli daleko, stali się bliscy. Kryteria geograficzne nie są już jedynymi, by mówić o misji. W Warszawie, na dawnym Stadionie Dziesięciolecia, Wietnamczycy stworzyli targowisko. Nauczyli się języka polskiego, by sprzedawać swoje produkty. Ale modlić się chcieli po wietnamsku i szukali kapłana, który odprawi Mszę w ich języku.
Ci, którzy byli daleko, stali się bliscy. Dlatego dziś nie powinniśmy tak bardzo skupiać się na rozróżnieniu ad gentes czy inter gentes, ale raczej mówić o ewangelizacji misyjnej. Każdy brat — czy daleko, czy blisko — powinien być misjonarzem, to znaczy mieć otwarte serce, by głosić Chrystusa tam, gdzie się znajduje.
5. Świat cyfrowy stał się dziś jednym z nowych „areopagów”. Jak franciszkanie powinni być obecni w przestrzeni mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji, nie tracąc ducha Ewangelii?
Od trzech lat Sekretarze Misyjni — Kapucyni, Bracia Mniejsi oraz Bracia Mniejsi Konwentualni — organizują coroczne kursy poświęcone ewangelizacji. Pierwsze dwa dotyczyły nowej ewangelizacji w zsekularyzowanej Europie oraz dotarcia do młodzieży. Trzeci natomiast skupił się na wyzwaniu, jakim jest sztuczna inteligencja (AI).
Wierzę, że sztuczna inteligencja może nam bardzo pomóc, choćby oszczędzając czas, ale z całą pewnością nie zastąpi ona osobistego spotkania. Musimy być obecni w tym cyfrowym świecie. Dlaczego? Ponieważ my, franciszkanie, historycznie często byliśmy o krok do przodu. Gdy w średniowieczu powstawały miasta, bracia starali się być obecni na uniwersytetach, nadając kierunek ówczesnej kulturze poprzez swój charyzmat. Jeśli dziś zaniedbamy tę sferę, twierdząc, że to „nieludzkie” lub „nie dla nas”, możemy stracić kontakt z młodym pokoleniem.
Nasz współbrat, Piotr Stanisławczyk, zaproponował kiedyś stworzenie „wirtualnej furty”. Dla wielu ludzi telefon jest dziś jedynym oknem na świat. Pytanie nie brzmi już, ile sekund czy minut trzymamy go w ręku, ale ile godzin dziennie to robimy.
Ktoś może powiedzieć: „Ależ Darku, ja mam Biblię w telefonie!”. Owszem, ale porównajmy czas poświęcony na Słowo Boże z czasem spędzonym na bezmyślnym przewijaniu Facebooka, Instagrama czy YouTube’a, który karmi nas dopaminą. Skoro tam tętni życie, tam też powinien wybrzmieć głos: „Uważaj, ten świat jest wirtualny”. Musimy tam być z Ewangelią i nie należy się tego bać.
Zastanawiam się czasem, czy Pan Bóg nie bywa zazdrosny o mój telefon. Nie o to, że to iPhone, ale o czas, który mu poświęcam. Rzadko zdarza się, by na moim smartfonie osiadł kurz, podczas gdy na Biblii — tej w wersji książkowej — owszem, czasem się on pojawia.
Sztuczna inteligencja i media społecznościowe to przestrzeń do zagospodarowania. Dziś trzeba używać „sieci”, by łowić ludzi — i często jest to właśnie sieć internetowa.
6. Jak w praktyce wygląda dziś współpraca między różnymi gałęziami rodziny franciszkańskiej w dziedzinie misji i czego uczą braci międzykontynentalne kursy misyjne?
Przez wiele lat na szczeblu generalnym organizowano w Brukseli kursy dla misjonarzy, prowadzone głównie w językach angielskim i francuskim. Czas pandemii przyniósł jednak pewną weryfikację. Dzięki intuicji Generała oraz sekretarzy ds. animacji misyjnej narodził się pomysł, by kursy te przenieść na poszczególne kontynenty. Zaczęliśmy od Ugandy w Afryce, potem były Filipiny w Azji, aż trafiliśmy do Benjamin Constant – niezwykłego miejsca na styku Brazylii, Kolumbii i Peru.
To kursy, które organizujemy nieprzerwanie i które gromadzą braci franciszkanów „różnej maści”. Często słyszę od nich: „To pierwszy raz, kiedy mam okazję być tak blisko brata konwentualnego” – i działa to w obie strony. Jest to doświadczenie niesamowite, ponieważ bracia nie tylko otwierają się na siebie nawzajem, ale rodzą się w nich konkretne pragnienia. Po kursie w Ameryce Łacińskiej pojawiła się idea stworzenia wspólnoty międzyfranciszkańskiej (tzw. interobediencial) właśnie tam, na terenach misyjnych Amazonii.
Jest to jedna z niewielu inicjatyw międzyfranciszkańskich, którą udaje nam się realizować regularnie od lat. Jeśli mielibyśmy użyć modnego dziś słowa „synodalność”, to jest to właśnie synodalność w kontekście franciszkańskim. Uczymy się siebie nawzajem, zaczynamy się lubić, a kiedy kurs dobiega końca, bracia wcale nie śpieszą się do swoich klasztorów – co, szczerze mówiąc, rzadko się zdarza.
Te spotkania, poza formacją intelektualną z zakresu misjologii danego kontynentu, nowych areopagów, ekonomii misyjnej czy inkulturacji, mają jeden nadrzędny cel: uczą bycia bratem. Uczą wspólnoty z ludźmi z innych kultur i innych gałęzi zakonu, a wszystko to w konkretnym kontekście misyjnym. Skrót: Na szczeblu generalnym przez wiele lat organizowano kurs misyjny w Brukseli. COVID zawiesił tę inicjatywę. Zrodziła się wtedy intuicja, by organizować kursy na poszczególnych kontynentach. Zaczęliśmy w Afryce (Uganda), potem Azja (Filipiny), później Ameryka Łacińska — w Benjamin Constant, na granicy Brazylii, Kolumbii i Peru. Bracia z różnych zakonów franciszkańskich często mówią: „To pierwszy raz, kiedy mam okazję być tak blisko brata z innej gałęzi franciszkańskiej”. Po kursie w Ameryce Łacińskiej pojawiło się nawet pragnienie stworzenia wspólnoty międzyfranciszkańskiej w Amazonii. To jedna z niewielu inicjatyw międzyfranciszkańskich, która trwa od lat. Można by powiedzieć, że to synodalność w kontekście franciszkańskim. Poza formacją intelektualną — misjologią, inkulturacją, ekonomią misji — kursy uczą przede wszystkim bycia bratem obok brata z innej kultury i innego zakonu.
7. Kościół jest misyjny ze swej natury, a jednak wciąż mówimy o „powołaniu misyjnym” tak, jakby było ono zarezerwowane tylko dla niektórych. Czy nie osłabia to tożsamości wynikającej z chrztu?
Kościół ze swej natury jest misyjny. To kwestia tożsamości, nie wyboru. Jeśli żarówka nie świeci, trzeba ją wymienić. Jeśli świeca nie daje światła, trzeba zapalić nową. Naturą świecy jest świecić. Na chrzcie otrzymaliśmy zapaloną świecę. Jeśli nie będę dzielił się światłem wiary, przestaję żyć swoją tożsamością. To nie jest kwestia wyboru. To kwestia tożsamości.
8. Amazonia bywa dziś symbolem wyzwań misyjnych Kościoła. Jak Ojciec postrzega tę rzeczywistość i co ona objawia Zakonowi?
W Amazonii jako misjonarz nigdy nie mieszkałem – moje doświadczenie misyjne wiąże się przede wszystkim z Andami, z górami Boliwii oraz wybrzeżem Peru. Miałem jednak okazję odwiedzać placówki w Brazylii czy Boliwii położone właśnie w dorzeczu Amazonki. To zupełnie inny świat, który bez wątpienia można nazwać terenem misyjnym, choć powody tego są specyficzne. W Europie, a konkretnie w Polsce, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że przy ołtarzu podczas Mszy świętej stoi często kilku kapłanów. W Amazonii rzeczywistość bywa drastycznie inna: są miejsca, gdzie Eucharystia sprawowana jest raz w roku – podczas odpustu lub rzadkiej wizyty księdza. Można powiedzieć, że na tym kontynencie, który przecież jest chrześcijański i posiada struktury Kościoła katolickiego oraz rozwiniętą katechizację, dokonała się chrystianizacja, ale ewangelizacja wciąż nie została dokończona. Mimo że tereny te nie podlegają już bezpośrednio pod Dykasterię ds. Ewangelizacji (dawną Kongregację Ewangelizacji Narodów), to ze względu na trudne warunki i rzadki dostęp do sakramentów, Amazonia pozostaje dla nas wyzwaniem misyjnym.
9. Gdyby Ojciec mógł dziś powiedzieć jedno zdanie bratu, który składał pierwsze śluby w 1995 roku – co by to było?
Zastanawiam się, co mógłbym powiedzieć bratu, który słucha lub czyta te słowa, albo co powiedziałbym samemu sobie, wracając myślami do moich pierwszych ślubów zakonnych w 1995 roku. Może zacząłbym od tego, że nikt z nas nie jest związany wyłącznie z powołaniem do życia misyjnego czy zakonnego. Każdy człowiek ma przede wszystkim swoje korzenie.
Ty, André, masz korzenie brazylijskie – to samba, tradycyjna fasolka, cała Twoja kultura, historia i zwyczaje. Ja również mam swoje korzenie: moją rodzinę, moją muzykę i smaki mojego domu. Nigdy nie wolno o nich zapomnieć.
Jednak w życiu nadchodzi moment, w którym wyrastają nam skrzydła powołania. I choć korzenie są ważne, trzeba je w pewnym sensie odciąć – tak jak dziecku przecina się pępowinę, by mogło stać się oddzielnym, samodzielnym bytem i niezależną osobą. Powtarzam: nie chodzi o to, by o nich zapomnieć, ale by je odciąć, aby móc użyć skrzydeł. Święty Jan od Krzyża pisał, że nieważne, czy ptak uwiązany jest cienką, czy grubą nicią – jeśli jej nie przetnie, nie pofrunie.
Trzeba przeciąć tę linię. To właśnie te skrzydła sprawiły, że nasi rodzice opuścili swoje domy, by się spotkać, i to one sprawiły, że ja wyjechałem na misje. Niech więc każdy pozwoli rosnąć skrzydłom swojego powołania i niech przetnie korzenie tak, by mógł polecieć wszędzie tam, dokąd wzywa go Pan Bóg. To może tyle. Pokój i Dobro. Dziękuję za wysłuchanie i przeczytanie. Dziękuję bratu André i bratu Mateuszowi za zaproszenie do tego wywiadu. Pozdrawiam bardzo serdecznie. Pokój i Dobro. ■